3moonboys
komentarzy

3moonboys – Notoryczni debiutanci to my!

3moonboys są ewenementem muzycznym na krajową skalę. Grają od prawie dekady, ale wciąż zarzuca się im niewidzialność. Są odważni w łączeniu muzyki ze sztuką graficzną i literaturą i chcą wciągać do swego świata każdego pojedynczego słuchacza, który zechce się wsłuchać i poświęcić muzyce swój czas.  Wojtek Kotwicki i Piotr Michalski w rozmowie z Marcinem Niewiedziałem.

Magnetoffon: Być może zabrzmi to trochę zbyt słodko jak  na początek, ale uważam, że w Polsce są trzy kapele, które bez zastanowienia mogę nazwać najlepszymi rodzimymi zespołami. Są to Snowman i 3moonboys, do tego mógłbym dodać jeszcze L.Stadt. Pierwsza i ostatnia są stosunkowo nowe, wy natomiast zaczynaliście jeszcze w latach dziewięćdziesiątych.

 Wojtek Kotwicki: W składzie 3moonboys gramy od 2004 roku, ale razem jesteśmy już bardzo, bardzo długo. Pierwszy skład – Piątej Strony Świata – nagrywał 1997 roku pierwszy materiał o takim samym tytule, mnie jeszcze w nim nie było, aczkolwiek poznaliśmy się w tym czasie. Druga pojawiła się trzy lata później. Potem był projekt Charlie Sleeps z albumem T i trzy płyty 3moonboys. Po drodze zdarzyła nam się jakaś Epka.

Te płyty są dostępne tylko przez wasze strony, czy trafiały na półki sklepowe? Ja znajdowałem je głownie na Serpencie.

Wojtek: Tak, Serpent jest dobrze zaopatrzony w nasze płyty, ale w tradycyjnych sklepach także można było je dostać. I tak na przykład Only Music Can Save Us trafiła do sklepów dzięki umowie dystrybucyjnej z Rockers Publishing, ale później Empiki wymyśliły jakąś nową politykę działań i ostatecznie nie przyjmują rzeczy niszowych, czasami ewentualnie wciągają je w katalog. Jednak rzadko kiedy chce się komuś zamówić płytę i czekać aż ją sprowadzą. Równie dobrze można wejść sobie na naszą stronę i zamówić. Zawsze też pozostaje Serpent. Zabieramy płyty także na koncerty i to nie tylko najnowsze,  ale też te wcześniejsze, bo nakład się niestety nie wyczerpał (śmiech).

Jesteście zespołem, któremu bardzo zależy na aktywizowaniu słuchacza i jeśli zagłębić się w waszą twórczość,  to okazuje się ona bardzo rozbudowaną koncepcją.

Piotr Michalski: Wiesz, ta koncepcja wzięła się z szerokiego zamysłu Marcina Karnowskiego, naszego perkusisty. Oprócz tego, że jest bibliotekarzem i polonistą, jest też pisarzem. Do różnych gazet pisze artykuły, opowiadania, wiersze. Jego teksty znajdują się także w szerzej publikowanych zbiorach opowiadań. Właśnie w Krakowie zapoznał się z  Korporacją Ha!art, a w niej działa Zenon Fajfer, który mocno zainspirował Marcina, przedstawiając mu nowy nurt w literaturze – liberaturę. Potem Marcin nakręcił  nas na tę ideę. Najkrócej mówiąc, jest to koncepcja, która na początku stawia pytanie: dlaczego książka ma wyglądać jak książka, dlaczego nie może być w formie butelki albo paczki papierosów? Te przedmioty przyszły mi na myśl, bo akurat mam je pod ręką, ale mogłoby to być cokolwiek. Poszliśmy tym tropem i skontaktowaliśmy się z Fajferem, bo chcieliśmy to wszystko jakoś zaprząc, nadać temu tempo i poziom, połączyć siły i zrobić coś wspólnie. Plan był taki: płyta z naszą muzyką, w jakimś stopniu niecodzienna okładka, a wszystko połączone z tekstami Marcina.

Okładka najnowszej płyty jest rzeczywiście niecodzienna, ma wypaloną dziurę. Czy to tylko limitowane egzemplarze, czy na każdym pudełku każdą dziurę wypalacie sami?

Wojtek: Każda jedna jest wypalana własnoręcznie. Co jakiś czas zbieramy się wszyscy w ogródku, pijemy piwo i robimy sobie popołudnie połączone z wieczorem, kiedy jeden wybija dziurki, a reszta opala je dmuchając każdą z osobna. Wypalamy je specjalnymi patyczkami z pewnego sklepu, a potem jeszcze czyścimy te pudełka aby pozostałości w formie pyłku nie rysowały płyty. Tak że zabawy jest co nie miara.

Na czym dokładnie polega liberatura w waszym wykonaniu? Bo kiedy przeszukiwałem sieć natrafiłem na podstronę , czy może raczej suplement do waszej oficjalnej strony, na której po ekranie fruwają kartki. Pomyślałem że są to teksty, ale jednak jest trochę inaczej. Powiedźcie coś o tym. 

Wojtek: Do tej okładki dodana jest taka mikro książeczka, która składa się z szesnastu słów. Każde z tych słów jest użyte w każdej z piosenek. Ułożone jest też jedno zdanie, które ma wielorakie znacznie, niemniej jest zbudowane właśnie z tych słów. Tę książeczkę możesz układać w różny sposób i tworzyć dodatkowe zdania lub po prostu sploty słów.

Piotr: Później już jest prosto, bo klikasz na dane słowo i wyświetla się tekst piosenki, z której ono się wzięło. My wcześniej nie spotkaliśmy się z taką koncepcją. Fajfer nas w to wszystko wkręcił i on zapodał temat dziury, która przenosi w te wszystkie Marcinowe opowieści, czyli nawiązania do literatury i sztuki. Ta dziura jest też częścią całości. Brak czegoś również stanowi coś, musi dopełniać całość.

Podobno ta płyta to niestandardowy koncept album, na czym polega ta koncepcyjność?

Piotr: Koncepcja polega na tym, że utwory są związane ze sobą czymś takim jak pokój, taki jak ten, w którym sobie tu siedzimy. Te poszczególne postacie Marcina spotykają się w tym pokoju. Można to też rozumieć  nawet jako hotel, w którym są pokoje i każdy pokój jest osobną historią. Każda historia  poniekąd zahacza o dzieło literackie, sztuki plastyczne bądź dzieło muzyczne. Generalnie wszelkie formy sztuki łączą się w tekstach 3moonboys. Nasza muzyka jest też strukturalnie złożona, ale koncept syntezy sztuk zawiera się w tekście.  Formą graficzna jaką jest okładka również nosi znamiona tej syntezy.

Natknąłem się też na dwa znane mi z czasów studiów słowa, którymi określa się waszą muzykę, są to „spotkanie” i „dialog”. Powiedźcie coś o tym, bo jak sądzę, nie wzięły się one z podstaw koncepcji filozofii dialogu ks. Józefa Tischnera, choć uwierzcie mi, kontekst mają bardzo podobny.

Wojtek: Dla nas bardzo istotne jest granie koncertów, podczas których pojawia się element spotkania, ale wtedy nie mówimy za wiele. Dialog prowadzimy stricte muzyką, jeśli ona trafia do słuchacza, to wraca również do nas. Jeśli my czujemy się w tym dobrze, to przypuszczam, że i odbiorca również.  Nieczęsto rozmawiamy z kimś na tematy związane przekazem ukrytym w naszej muzyce, ewentualnie po koncercie ktoś przychodzi i mówimy sobie tradycyjne „fajnie, fajnie”. Nie zdarzyło się, żebyśmy opowiadali komuś: „słuchaj, tutaj to jest taka koncepcja”, a on nam o tym co przeżył. Koncertowo jest to przekaz raczej pozawerbalny, czysto emocjonalny.

Koncert zatem jest koleją formą przekazu w tej koncepcji?

Piotr: Płyta jest formą zamkniętą, nagrywasz, kończysz wydajesz i nic już od ciebie nie zależy. Stąd też  pomysł na to, by część utworów była na płycie regularnej z wypaloną dziurą, którą możesz kupić i ona jest materialna, a reszta utworów (dokładnie pięć) znajdowała się w Internecie. Na okładce podany jest link do reszty utworów, które możesz sobie samemu wypalić i umieścić w pudełku, bo jest tam na to specjalne miejsce. Chodzi o taką interakcję, że jeśli mi się spodobało i mam ochotę na więcej, to sam sobie wchodzę i ściągam kolejne pięć numerów. I tutaj też pojawia się ten element dialogu. No bo jak mamy inaczej połączyć się z kimś, kto tego słucha?  W ten sposób możemy na przykład nawet śledzić, ile jest ściągnięć.  Tak się zabawiliśmy.

Opowieści na tej płycie mają swojego narratora. Kto nim jest? 

Wojtek: Narrator raczej stoi z boku, przypatruje się i nie jest emocjonalny. Ta narracja nie jest w żaden sposób kluczowa. Ona po prostu jest, w taki techniczny sposób wskazuje i szczypie tylko kilka takich dziwnych wątków, dzięki którym niekoniecznie można od razu zrozumieć, o co chodzi. Nieco to zawiłe, ale tak właśnie jest (śmiech). Doszukując się źródeł w literaturze lub sztuce, można odnaleźć nawiązania np. do sztuk plastycznych, Chagalla czy Duchampa.

Właśnie w ten sposób trafiłem na fragment tekstu zatytułowanego Zamiast brzytwy, który natychmiast przywiódł mi na myśl Psa Andaluzyjskiego, po czym słuchając płyty natrafiłem na utwór Victor Brauner (malarz pochodzenia rumuńskiego, surrealista – przyp. red. ). Zatem po takich światach oprowadzacie słuchacza – surrealizm, dadaizm, Kafka. To ciągle niesamowite i wyjątkowe w zespole, bądź co bądź, rockowym.

Wojtek: Teksty w tym przypadku są nacechowane bardzo emocjonalnie przez to, że to ja je wyśpiewuję, ale nie są w żaden sposób programowe. Jeśli ktoś chce, to zagłębia się w nie.  Wokal jest również czasami po prostu instrumentem. Te piosenki mogłyby być równie dobrze zaśpiewane przy akompaniamencie gitary akustycznej. Występując dziś na juwenaliach, chciałbym, aby ktoś wskazał mi choć garść osób, które bez względu na to, czy znają materiał czy nie, będą chciały poszukać głębiej. Koncerty są osobną sprawą, bo na nich musimy wypurwać z siebie flaki, żeby pokazać, że to rockowy band, bo nie mogę inaczej określić tego, co robimy. Nie gramy jakiejś wydumanej elektroniki srataty taty, stanowimy prosty skład: gitara, bas, perkusja, klawisze, wokal. Dziś byliśmy trochę ograniczeni tą sceną, bo kiedy gramy indywidualny koncert, to są dwa zestawy bębnów, światła, atmosfera. Wychodzimy na scenę, a tu nagle coś nie działa, na próbie działało i już jest stres i już ucieka z nas para, czujemy ciśnienie.  Ludziom jawi się zupełnie co innego, niż nam. Mam ciary na plecach gdy gram zupełnie inne rzeczy od tych, które podobają się ludziom.

Jak wygląda wasza promocja? Czy polega głównie na przekazywaniu informacji między fanami, wzbudzaniu zaciekawienia różnorodnością formy i angażowaniu słuchacza? To właściwie dość partyzanckie metody.

Wojtek: Słowo promocja to jest takie słowo, którego znaczenie nie do końca jest dla nas jasne i które nas przeraża, przytłacza i zabija. My się sramy, wysilamy, żeby cokolwiek zrobić z materiałem po wydaniu, a wszyscy do nas mówią, że nie mamy żadnej promocji. No ale jak nie masz kasy i nie wyłożysz jej na stół, nie zapuścisz spotu w mediach i brak ci znajomości tu czy tam, to nie będziesz miał promocji.

Piotr: Umówmy się, my też nie gramy łatwej muzyki. Na koncertach broni się energią, bo jak mówiłem, wkładany w nią wszystko, ale tak naprawdę jest trudna w odbiorze. Wiesz, posłuchaj sobie radia i puść następnie jakiś nasz numer. On gdzieś ucieknie, bo nie jest na tyle chwytliwy, melodyjny. Znam kupę innych zespołów, które grają jeszcze trudniej, ale to ciągle nie jest muzyka medialna, ona się nie przebija.

Gracie już długo, a ciągle jesteście opisywani jako zespół na początku drogi. Nawet w informacji o tym  festiwalu występujecie jako młoda, obiecująca kapela.  

Wojtek: Jeśli wziąć pod uwagę, kto ile gra, to powinniśmy być tutaj gwiazdą na koniec wieczoru. Z nami już tak zawsze jest, całe życie jesteśmy kopani w dupę i już się do tego przyzwyczailiśmy (śmiech).

Wspomniałem na początku o grupie Snowman, która stworzyła kiedyś na żywo ścieżkę dźwiękową do niemego filmu. Takie projekty stały się w pewnym momencie bardzo popularne. Czy wy również mieliście taką propozycję?

Wojtek: Nie, ale przypuszczam, że gdybyśmy dostali taką propozycję, to bardzo łatwo odnaleźlibyśmy się w tworzeniu takiego projektu. Lubimy wyzwania. Kiedyś graliśmy koncert w Bydgoszczy z cyklu „inaczej” i tam mieliśmy grać akustycznie, ale nam nie wyszło. Wyszło za to coś zupełnie nowego. Przearanżowaliśmy wszystkie utwory, zostawiliśmy tylko linie melodyczne, użyliśmy też dwóch zestawów bębnów , było bardzo ciekawie. Z naszą muzyką jesteśmy w stanie zrobić naprawdę dużo.

Po pytaniu o promocję aż się boję zadawać kolejnego, znowu o pieniądze. Ha!art  ma swoje hasło: „Wszystko, co się nie opłaca”. Panowie, czy to się opłaca? 

Wojtek: A czy my wyglądamy, jakby się opłacało?

Piotr: Nasza działalność zajebiście się nie opłaca, do wszystkiego dopłacamy, ale zupełnie nie o to chodzi. Poza graniem każdy z nas ma normalne życie etatowe, rodzinę, dzieci. Zespół to już teraz tylko pasja. Głupio tak mówić, bo nawet między sobą o tym nie rozmawiamy, ale myślimy czasem , że już z tego nic nie będzie i gramy tylko dla siebie.

Wojtek: To jest fajna zajawka, spotykamy się, rzeźbimy, a póki jest w nas radość z grania i to wszystko „żre”, to warto. Mamy pięciogodzinne próby raz w tygodniu i to jest świetne. Wychodzimy z domu, zostawiamy cały ten majdan, zapominamy o wszystkim i bawimy się muzyką. Znajdujemy jakiś motyw, kombinujemy, budujemy, ucinamy, dokładamy. Każdy jest malarzem utworu i wtrąca swoje trzy grosze. Potem testujemy te utwory na koncertach i badamy reakcję publiki. Podczas dzisiejszego koncertu zagraliśmy jeden świeży utwór. Nie ma tam tekstu, ja lecę sobie jakimś bełkotem po tzw. szwedzku i mamy to w dupie. Jeżeli czujemy, że utwór się sprawdza, ogrywamy go na koncertach i patrzymy jak się sprzedaje, nawet w nas, bo jak zostanie on odebrany, to już jest jednak sprawa drugorzędna.  Bo jeśli nam się to podoba, to nikt nam tego nie zabierze.

Ja też czasem myślę, co by było, gdybym jednak dał sobie spokój z takimi działaniami jak serwis muzyczny. Bo przecież do tego wszystkiego też trzeba dokładać, ale potem dzieje się coś, co kolejny raz utwierdza mnie w przekonaniu, że warto.

Piotr: No dokładnie stary, bo co miałbyś innego robić? Siedzieć i oglądać telewizję? My np. mamy próby z innymi kapelami drzwi w drzwi, a dostąpiliśmy zaszczytu posiadania salki w legendarnym klubie Mózg. Z tymi zespołami nie mamy tak na co dzień bezpośredniego kontaktu , ale inspirujemy się… podprogowo.  Tam przychodzi np. taki koleś jak Jacek Buhl, którego nikt kompletnie nie zna. Ma 45 lat i gra na perkusji tak, że jakbyś go zobaczył, to byś zwariował. On jest mistrzem świata. Grał w Variete na początku istnienia zespołu. I to jest pasja! Człowieku, on przychodzi codziennie i gra po trzy, cztery godziny sam! Napierdala na perkusji, a my siedzimy przed kanciapą i słuchamy: co tam gra bas jakiś, czy dęciak, nie to Jacek czaruje na garach, całkowicie sam. I to jest pasja i to nas inspiruje!

Wojtek: My mamy wizję, że jak rzucimy muzykę, to zostaną nam tylko laczki Zico, wąs, wielki brzuch i polshit. Zatem albo taka perspektywa, albo granie (śmiech).

Dziękuję za rozmowę. 

Wojtek: Hehe, zespół na początku drogi! Notoryczni debiutanci, to powinniśmy być my!

Rozmawiał Marcin Niewiedział

Tags: